Czy można ufać facetowi ? Czy to jest możliwe, że istnieją wierni, uczciwi, tacy na których można zawsze polegać? Czy może ten typ szlachetny i wierny jest jak Yeti, wielu o nim słyszało, ale nikt takiego nie widział. Złośliwi mówią, że każdy facet jest godzien zaufania i poza podejrzeniem dopóki...się nie wyda. Mój znajomy pracujący w typowo męskim towarzystwie - dość liczna grupa panów w różnym wieku - często opowiada anegdoty z życia swoich kolegów, które oni sobie w wolnych chwilach nawzajem opowiadają. Słuchając go zaczynam odnosić wrażenie, że większość z tych facetów miało, ma lub robi coś w tym kierunku, żeby mieć kogoś na boku. Oczywiście jak to bywa w męskich pogaduszkach trzeba brać przynajamniej małą poprawkę na te ich wynurzenia, gdyż nierzadko jest to próba zaimponowania kumplom. Z drugiej strony nawet biorąc pod uwagę te zastrzeżenia, zatrważające jest to jak wielu z nich chodzi na boki... I to niezależnie od wieku, stażu małżeńskiego czy tego jak zadbaną i atrakcyjną kobietą jest ich partnerka lub żona. Jaki to w ogóle ma sens? Gdzie w tym wszystkim jest wzajemne zaufanie i elementarna uczciwość wobec drugiej osoby, której coś się obiecuje, do czegoś wobec niej się zobowiązuje? Co ciekawe większość facetów nie widzi w tym nic złego, a nawet deklarują wielką miłość do swojej partnerki, nie wyobrażają sobie rozstania z nią i to wcale nie tylko z wygody. Niektórzy, zwłaszcza żonaci z dłuższym stażem czują się rozgrzeszeni tym, że małżonka nie ma ochoty na seks lub innymi jej wadami bądź to w wyglądzie zewnętrznym, bądź cechach charakteru. Co najczęściej jest tylko wymówką, jak i opowieści sączone do ucha kochance, jaka to małżonka jest niedobra, jak nie rozumie i nie kocha... No po prostu "facet musi", a "przy jednej dziurze to i kot...", im się to po prostu należy od życia i już, nie ma dyskusji taka NATURA. Co ciekawe spojrzenie na te sprawy zmienia się o 180 stopni, kiedy sprawa dotyczy zdradzającej kobiety.
Mój przyjaciel, który żonę lubił zdradzać niemal od początków trwania ich małżeństwa - co nie przeszkadzało mu twierdzić, że bardzo ją kocha, kiedy się dowiedział po 18 latach wspólnego, zgodnego życia, że nagle i ona zapragnęła od życia nowych wrażeń, namiętności i jest pan, który dla niej jest "kochaniem", wpadł w szał. Po kilku miesiącach mieli rozwód z orzeczeniem o jej wyłącznej winie. Tak go to biedaczka ubodło. Żeby było ciekawiej sam w tym czasie miał dyskretną znajomość na boku, ale bynajmniej nie dla tej pani się rozwiódł, ale dla urażonej dumy i własnej satysfakcji z zemsty za tę niewybaczalną zniewagę. Taka to jest podwójna moralność panów jeśli idzie o zdradę. Jakoś tracą swój dystans, poczucie humoru i tolerancję kiedy ich ta przykrość spotyka i już im się nie wydaje, że to tylko niewinny skok w bok...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz